Klub Kultury im. Heleny Modrzejewskiej
Helena Modjeska Art and Culture Club

 

Koncert jazzowy:
Krzesimir Dębski,
Darek Oleszkiewicz
i Darryl ,,Munyungo" Jackson

17 marca 2007

W pewnych, przełomowych chwilach życia zadajemy sobie egzystencjalne pytania, zastanawiając się nad tym „Jak żyć?”, „Jak żyć bez miłości?”, „Jak żyć bez muzyki?”, „Jak żyć bez Krzesimira Dębskiego?”

To ostatnie pytanie zadawało sobie późnym wieczorem w sobotę 17 marca 2007 wielu uczestników spotkania z Krzesimirem Dębskim, skrzypkiem jazzowym, kompozytorem muzyki filmowej, jazzowej, telewizyjnej i współczesnej, muzykiem „extraordinaire”. Oczarowani inteligencją i dowcipem artysty, słuchacze zachwyceni byli najbardziej jego muzykalnością i talentem improwizacyjnym, przepięknie ukazanym w serii interpretacji polskich i amerykańskich standardów jazzowych. Jazz na skrzypcach elektrycznych można grać solo, ale razem przyjemniej – podczas wieczoru w salonie gościnnych państwa Joanny i Andrzeja Maleskich Dębski pojawił się w towarzystwie dwóch jazzmenów światowej klasy, basisty Darka Oleszkiewicza (dobrze znanego z wielu fascynujących koncertów dla klubowiczów) oraz oryginalnego perkusisty Darryla „Munyungo” Jacksona.

Już na początku wieczoru gwiazda programu przejęła konferansjerkę, zapowiadając każdy jazzowy temat jego krótką historią. Koncert rozpoczął się na poważnie, w 30 rocznicę śmierci Zbigniewa Seiferta, jego tematem „Quo Vadis”. Interpretacja poświęcona była pamięci zapoznanego dziś jazzmena, który zmarł na atak serca w wieku 32 lat (1946-1979) a wsławił się jako pierwszy radykalny skrzypek jazzowy w Polsce. Zainspirowany muzyką Johna Coltrane, od 1970 roku Seifert grał z kwintetem Tomasza Stańki, koncertował i nagrywał oryginalne interpretacje standardów i własnych tematów.

W „Quo Vadis” w wersji Dębskiego, wolny, refleksyjny temat skrzypiec poprzedziły nasycone emocją dialogi z basistą, rozjaśnione delikatnym akompaniamentem perkusji (poszum cymbałów, szczotek na bębnie, pobrzękiwania dzwonków).

„Cantabile” Krzesimira Dębskiego było drugim elementem w programie. Tutaj skrzypek pokazał swoją liryczną skalę – szeroko rozpięte melodie, ekspresywne ornamenty, rosnący łuk intensywności wyrazu. Przed utworem kompozytor przypomniał publiczności, że ma doświadczenia z bardzo wieloma rodzajami muzyki, od reklamy do piosenki i do partytury filmowej czy symfonicznej, ale sercem zawsze blisko jest jazzu. „Cantabile” miało już ogromną liczbę różnych instrumentalnych, wokalnych i tańczonych wersji.

Jazzowy temat „Cantabile” jest świadectwem początku drogi twórczej Dębskiego. Po ukończeniu studiów kompozycji w Poznańskiej Akademii Muzycznej Dębski został liderem grupy jazzowej String Connection, która koncertowała w Europie i Ameryce i otrzymywała nagrody na konkursach w Belgii i Polsce. W 1985 roku Dębski znalazł się na liście dziesięciu najlepszych skrzypków jazzowych świata, ogłoszonej przez pismo „Down Beat”. Choć od wielu lat Dębski zajmuje się głównie kompozycją muzyki współczesnej i filmowej, nie zostawił skrzypiec. Mimo nawału zajęć i ciągłych podróży, nie utracil wirtuozerii technicznej i wyobraźni twórczej, skupionej na ukazaniu różnorodności brzmieniowej i ekspresyjnej elektrycznych skrzypiec. Instrument wygląda dość niezwykle - jest ograniczony do szkieletu w kształcie tradycyjnych skrzypiec, ale bez pudła rezonansowego, zastąpionego mikrofonem i wzmacniaczem.

Po polskim wstępie przyszedł czas na jazz amerykański, słynny standard „Kind of Blue” Milesa Davisa, tak ograny na antenie radia, że aż nudny, objawił się w wykonaniu trzech mistrzów jako prawdziwa perła literatury jazzowej. Muzycy zmienili nieco szczegóły rytmiczne, pozwolili sobie na daleko idące improwizacje ukazujące mistrzostwo trzech solistów. Oleszkiewicz zadziwił wirtuozerią kontrabasu, który pod jego smyczkiem i palcami ukazał zadziwiająco obszerną skalę dźwiękowego wyrazu. Munyungo ("moon"- "young" "go") Jackson zagrał samymi rękami, wydobywając rytmiczne motywy z szurania dłonią o dłoń, czy klepania prostokątnego drewnianego pudła na którym siedział. Jak wytłumaczył publiczności po zakończeniu koncertu, niezwykle prosty ów instrument, pochodzenia karaibskiego, składa się z membrany naciągniętej na drewnianą ramę – a wygląda jak „opakowanie” głośnika bez części elektrycznej. Muzyk gra na tym instrumencie poprzez przesuwanie palców po membranie, stukanie w różnych jej miejscach, modyfikując tym samym wysokość dźwięku.

Krzesimir Dębski zaproponował kolegom następny temat własnego autorstwa "We Miss You" – w którym zadziwił jego dialog czy „pojedynek” na dźwięki z perkusistą, tym razem grającym na congas. Owe wysokie, wąskie bębny umożliwiają ukazanie całej gamy efektów dźwiękowych, włącznie z efektownymi glisandami (mokrymi palcami) i konturami melodii. Tak się w ten muzyczny pojedynek zaangażowali, że po serii dialogów instrumentalnych, krótkich motywach na skrzypcach czy congas, Dębski i Jackson zaczęli śpiewać stukając po instrumentach czy po własnym policzku (efekt "butelki"), a publiczność zachwycona zabawą, co rusz przerywała im brawami. Słuchając tego własnie utworu można się było przekonać jak unikalną okazją był marcowy koncert: spotkanie mistrzów takiej klasy, że umieją się własnym improwizowaniem świetnie bawić, oczarowując przy tym publiczność. Nasycony wirtuozerią pomysłowości i elektryczną intensywnością wyrazu dialog był tym żywszy, że Dębski i Jackson grali ze sobą po raz pierwszy. Było to dla nich wzajemne poznawanie swoich możliwości i muzyczną, bezsłowną rozmową: „ – Ja umiem zagrać tak – Pokaż czy potrafisz – A teraz zagraj ten rytm – Czemu nie, nawet ciekawiej – Ale wysokiego motywu na pewno nie będziesz umiał zaimitować…” I tak dalej, i coraz weselej…

Zawodowi muzycy nie byliby sobą, gdyby przy okazji występu na żywo nie przypomnieli słuchaczom o swych nagraniach. Tutaj rola prowadzącego spotkanie przypadła Darkowi Oleszkiewiczowi, którego CD wraz z Munyungo i gitarzystą Larry Koonse, było dostępne dla klubowej publiczności. "Iron Song" okazał się żywy, gęsty harmonicznie, nasycony akcją muzyczną, harmonią i kolorami dźwięków, włącznie z różnorodnymi grzechotkami i ze sporej wielkości widowiskową dynią („shakere” albo „chekere”). Ten afrykański instrument składa się z wysuszonej, pustej dyni oplecionej siatką z paciorkami. Stukot paciorków wzmocniony w rezonansie pustego naczynia, jest najważniejszym dźwiękiem wydobywanym z tego instrumentu, którym można podrzucać, stukać, trząść czy nim nawet żonglować przy użyciu rąk i nóg – jak w cyrkowym niemalże popisie na bis pokazał nam perkusista.

Oficjalne "encore" programu stanowił słynny temat kołysanki z filmu Romana Polańskiego "Rosemary's Baby" skomponowany przez następnego młodo zmarłego polskiego muzyka jazzowego – Krzysztofa Komedę (1931-1969). Po zabawie w poprzednich utworach, wyciszony temat kołysanki uspokoił rozbawioną publiczność.

Po zakończeniu wspólnego muzykowania, miałam przyjemność zadać artystom kilka pytań, aby w plakatowym formacie ukazać ich osiągnięcia i zainteresowania publiczości. Munyungo Jackson, ekspert egzotycznej perkusji, jest dyrektorem muzycznym Drum Festival w Watts Towers Art Center w południowym Los Angeles. Darek Oleszkiewicz, oprócz koncertowania i nagrywania CD z wieloma światowej sławy muzykami, prowadzi też zajęcia dydaktyczne jako profesor w California Institute of the Arts i Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine. Sam Dębski uraczył członków klubu wieloma anegdotami z niezwykle bogatego życia muzycznego, włącznie z grą ze złamanym palcem w duecie z Nigelem Kennedy, czy scenkami obyczajowymi z szerokiego świata. Wypytywany o muzykę filmową, wspomniał o nagrodzonych filmach („Ogniem i mieczem”, „W pustyni i w puszczy”) i o interesującym projekcie związanym z Charlie Chaplinem, ale wyraźnie chciał skierować uwagę słuchaczy na swoją stronę „poważną” – podkreślając obszerny dorobek jako kompozytor ponad pięćdziesięciu utworów symfonicznych i kameralnych, wielokrotnie wykonywanych na polskich i europejskich scenach koncertowych.

W związku z tą uwagą, przypomniałam wszystkim obecnym, że rękopis jednego z tych utworów, („Koncert podwójny na skrzypce, altówkę i orkiestrę”) już znalazł się w Los Angeles w kolekcji polskich rękopisów muzycznych, którą budowałam w latach 2000-2003 w Uniwersytecie Południowej Kalifornii, obok dzieł Lutosławskiego, Pendereckiego, Bacewicz i innych znakomitości muzyki polskiej. Nawet i polskim zbiorom w USC nie udało się zaistnieć „bez Krzesimira Dębskiego” - a cóż mamy zrobić my, zachwyceni jego talentem słuchacze?

Maja Trochimczyk