Klub Kultury im. Heleny Modrzejewskiej
Helena Modjeska Art and Culture Club

 

Spektakl teatralny ,,Bal u Salomona''
w wykonaniu Jana Englerta i Beaty Ścibakówny

20 lutego 2005

Poezją zaczarowani wyszliśmy ze spotkania z Janem Englertem i Beatą Ścibakówną 20 lutego 2005 roku. Tym razem schronienia na spotkanie Klubu im. Heleny Modrzejewskiej udzielił przyjazny nam nie od dzisiaj Teatr Magicopolis w Santa Monica. Aktorzy zaprezentowali „Bal u Salomona” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. O muzyczne ramy przedstawienia zadbał nasz klubowy kolega Jacek Rózga, który z prawdziwym znawstwem dobrał muzykę do poematu i który z wirtuozerią ją osobiście wykonał. A po występie pełnym najtkliwszej liryki był czas na ciekawą rozmowę z artystami - o kondycji polskiego teatru, o próbach jego wyjścia poza granice kraju, o międzynarodowej współpracy teatralnej.

Jana Englerta, jednego z najpopularniejszych aktorów polskich, wieloletniego rektora warszawskiej Akademii Teatralnej, a obecnie dyrektora artystycznego Teatru Narodowego w Warszawie i Beatę Ścibakównę, znaną aktorkę polskich seriali telewizyjnych, a prywatnie żonę Pana Jana, łączą z naszym Klubem długoletnie więzy przyjaźni. Mieliśmy już okazję gościć i podziwiać oboje aktorów w spektaklu „Kwiaty Polskie” Juliana Tuwima oraz samego Jana Englerta podczas ostatniej jego wizyty - w spektaklu „Św. Mikołaj”.

Jan Englert związany jest z poematem „Bal u Salomona”od kilku dziesiątków lat. Już jako kilkunastoletni chłopiec uległ czarowi wiersza i recytował chętnie jego fragmenty podobającym mu się koleżankom. O profesjonalnym „powrocie” do ulubionego utworu myślał od dawna i ku radości widzów zdecydował się swój artystyczny plan wprowadzić w życie.

„Bal u Salomona" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, utwór długi i niezwykle trudny, wymagał od artystów wspierania się „partyturą", bowiem ani typowej akcji, ani jednego spójnego obrazu w wierszu znaleźć nie sposób. Obrazy w „Balu" rozmywają się, wzajemnie przenikają, więc trzeba było prawdziwego kunsztu, aby przykuć uwagę widzów, wprowadzić ich w ten skomplikowany i ulotny świat poezji.

Trudno uwierzyć, że Gałczyński do napisania „Balu u Salomona” zasiadł w piątek wieczorem, a skończył go pisać w ... poniedziałek nad ranem. Sam poeta nazwał poemat „strumieniem natchnienia” i tak właśnie przez czytelników czy słuchaczy jest odbierany. Technika utworu bliska jest metodzie nadrealistycznej i pozwala na swobodny „przepływ” obrazów, znaczeń, skojarzeń. Kolejne sceny zmieniają się jak w marzeniu sennym.

Poeta już na początku utworu zadaje pytanie o odpowiednią formę, dzięki której będzie w stanie uchwycić, opisać, objąć artystycznie zdeformowaną wizję świata:

„jak harmonię wziąć i jakim być harmonistą,
(...) żeby dźwiękami te kandelabry poprzepaczać,
łuki okien poprzeinaczać.”

I znajduje ją- mieszając barwy, dotyki, dźwięki, zapachy:


„To są te gaje prawdziwych snów,
te dłonie i te dotyki,
i to, co wznosi się, i znów, i znów
plastyczniejące muzyki.”


Bal w poemacie jest balem, który się tylko zaczyna:


„niejedni w tłumie zrozumieli,
że to bal, który tylko się zaczyna,
że to formy są nazbyt długie,
że to tylko smuga goni smugę,
a ze spodu się złotem podbarwia,
że to tylko tak wymyślono,
rozfletniono i zwiolonczelono,
a że cały bal to tylko larwa.”


Tak jak poezja- trudna do uchwycenia, nie do końca zdefiniowana. Jak właśnie ten bal, który owszem zaczyna się, ale nigdy się nie kończy.

O czym w poetyckim uniesieniu donosi,

Dorota Czajka-Olszewska