Klub Kultury im. Heleny Modrzejewskiej
Helena Modjeska Art and Culture Club

 

ROMAN MACIEJEWSKI - PORTRET KOMPOZYTORA

17 marca 2001

Wiedzialem, ze bedzie to spotkanie wypelnione muzyka wspolczesna, ktora powszechnie nie cieszy sie opinia latwej i przystepnej. Jadac kretymi drozkami do rezydencji panstwa Jolanty i Aleksa Wilkow w Anaheim Hills nie spodziewalem sie, ze zblizajacy sie wieczor przyniesie tak ogromny sukces. Spotkanie rozpoczela pani prezes, Jola Zych, oznajmiajac decyzje zarzadu o przyznaniu honorowego czlonkostwa Tomaszowi i Annie Kachelskim za zaslugi i dlugoletnia prace na rzecz klubu. Zebrani przyjeli te wiadomosc goracym aplauzem.

Kiedy umilkly oklaski, uwaga wypelnionej sali przeniosla sie na przedmiot spotkania - zycie i tworczosc polskiego kompozytora Romana Maciejewskiego. Glos zabrala pani profesor Maja Trochimczyk, od pieciu lat wykladowca na Wydziale Muzyki Uniwersytetu Poludniowej Kalifornii (USC), dyrektor Polish Music Center, szczycacego sie najwieksza w Stanach Zjednoczonych kolekcja muzyki polskiej http://www.usc.edu/dept/polish_music.

Inspirowana 25 rocznica amerykanskiej premiery Requiem Maciejewskiego w Music Center w Los Angeles, pani Maja przygotowala program tego wieczoru, aby przyblizyc nam sylwetke kompozytora. Krotka biografia Romana Maciejewskiego (1910-1998) sugerowala skomplikowana indywidualnosc, przedstawiala artyste przenoszacego sie z miejsca na miejsce, wspolpracujacego z najwiekszymi nazwiskami swiata muzyki, ocierajacego sie o swiatowy sukces i rozglos tylko po to, aby je odrzucic. Jego bogaty dorobek tworczy w postaci licznych utworow wokalno-orkiestrowych, orkiestrowych, kameralnych, choralnych i fortepianowych oraz skala ekspresji tej muzyki, siegajaca od subtelnych mazurkow do monumentalnego Requiem, odslania artyste obdarzonego wielkim talentem. Poznawalismy kompozytora, ktory z pasja przemawial poprzez swoja muzyke, ale konsekwentnie unikal rozglosu i moze dlatego jego tworczosc wciaz oczekuje dnia swojego wielkiego odkrycia.

Nie znajac wczesniej tworczosci Romana Maciejewskiego, niecierpliwie oczekiwalem ilustracji muzycznych. Zanim uslyszelismy pierwsze tony, pani profesor przygotowala nas do sluchania i interpretacji tych utworow, obudzila ciekawosc i wskazala sposob sledzenia biegu muzyki poprzez porownanie jej do "tkaniny polifonicznej". Uslyszelismy dwa kilku-minutowe fragmenty nagrania Requiem, dziela, ktore kompozytor dedykowal ofiarom wojny. Sluchajac fragmentu Kyrie, utozsamialem linie dzwiekow z przedza przewijajaca sie w splocie bogatego sukna. Nie byla to muzyka trudna. Odnioslem wrazenie, ze nawiazywala bardziej do muzyki klasycznej niz wspolczesnej. Byla to muzyka o wielkiej wyrazistosci, gdzie z poteznej fali dzwieku wydobywaly sie subtelne linie glosow, jak gdyby bezradne i zagubione w obliczu bezwzglednej i nieobliczalnej sily, wolajac o litosc i zmilowanie. Drugim fragmentem byla wizja nieba w Dies Irae, muzyka przepojona liryzmem i slodycza, zaskakujaca czystoscia sopranowego glosu.

Pani Maja zaprosila nas do obejrzenia kilkuminutowego fragmentu biograficzego filmu Outsider, zrealizowanego przez Stefana Szlachtycza. Na wielkim ekranie telewizyjnym pojawil sie starszy mezczyzna o przenikliwym spojrzeniu, opowiadajacy o niemal tragicznym wypadku gorskim, ktory przezyl, o swojej glebokiej wierze i zamiarze wyrazenia jej w wielkim dziele muzycznym. Ze slow samego kompozytora i ze wspomnien jego przyjaciol, wylanial sie obraz zmiennych losow Romana Maciejewskiego, jego wedrowki przez szereg krajow, jego nadziei, radosci i niepowodzen. W pamieci pozostanie na pewno opowiesc o nieznanym muzyku, ktory udal sie z ciezka walizka wypelniona partytura Requiem do swiatowej slawy dyrygenta, Rogera Wagnera i przekonal go do podjecia ogromnego wysilku realizacji koncertu z udzialem 240 muzykow w jednej z najbardziej prestizowych sal koncertowych swiata. Film przedstawil Romana Maciejewskiego jako wielkiego artyste, czlowieka stanowczego, wolnego od szablonu ale ulegajacego nastrojom i silnym namietnosciom.

Zblizylismy sie do kulminacji wieczoru, amerykanskiej premiery tria smyczkowego "Matinata" (Poranek) w wykonaniu trojga mlodych muzykow, studentow USC - Elisabeth Means (wiolonczela), Michael Atwood-Fergusson (altowka) i Rhys Buchele (skrzypce). Zaczeli cicha i wolna fraza zawierajaca delikatny dysonans. Pierwsza czesc, Nightshadows (largo), odebralem jako spokojne przebudzenie, druga czesc, Song at Sunrise (andante), bardziej dynamicza, melodyczna, wniosla cieplo slonecznego swiatla i przygotowywala do czesci trzeciej, The Daily Rush (presto), ktora, pelna ekspresji, klebila porywajaca energie. Energia ta, z ostatnim dzwiekiem utworu udzielila sie sluchaczom i wywolala dluga fale entuzjastycznych oklaskow. Muzycy, wyraznie uskrzydleni sila i finezja wykonywanej muzyki, latwo skapitulowali przed wolaniem o bis.

Ucichly instrumenty, zamilkly owacje. Artysci, goscie i czlonkowie klubu przeszli na obszerne patio, gdzie goscinni gospodarze, panstwo Wilkowie, podejmowali wszystkich goracym posilkiem, owocami i winem.

Cicha, chlodna noc i rozlegly widok ze wzgorza wzmagaly rezonans emocji muzycznego przezycia. Stojac w malych grupkach dzelilismy sie wrazeniami. Byl to niezapomniany wieczor.

Jarek Klimczak
cache/wst.opf.4111762.xml